Zdrowia życzymy sobie przy najważniejszych okazjach. Mówimy też, że jest najważniejsze, że bez niego wszystko inne traci znaczenie.
A jednak na co dzień rzadko myślimy o nim wtedy, kiedy po prostu jest.
Bo, kiedy pozwala nam rano wstać, wyjść z domu, pracować, spotykać się z ludźmi i planować kolejne dni, kiedy nie zatrzymuje naszych zamierzeń i nie domaga się szczególnej uwagi, pozostaje gdzieś w tle.
Na pierwszym planie pojawia się życie.
Rodzina. Praca. Obowiązki. Plany. Sprawy, które wydają się pilne i te, których nie chcemy odkładać. Nie dlatego, że zdrowie jest dla nas nieważne. Raczej dlatego, że długo wydaje się czymś oczywistym.
Czymś, co mamy.
Jak się masz — tak naprawdę?
„Jak się masz?” to jedno z pytań, które słyszymy najczęściej.
I jedno z tych, na które najłatwiej odpowiedzieć bez zastanowienia.
Dobrze.
Czasem oznacza to, że naprawdę czujemy się dobrze. Innym razem, że nic szczególnego się nie wydarzyło, możemy robić to, co zaplanowaliśmy, a dzień toczy się swoim zwyczajnym rytmem.
Dopiero dopowiedzenie „tak naprawdę” zmienia sens tego pytania.
Pozwala zatrzymać się przy tym, jak śpimy, z jaką energią rozpoczynamy dzień i ile napięcia nosimy w sobie. Czy nasze ciało dotrzymuje nam kroku, czy raczej od pewnego czasu próbuje zwrócić na siebie uwagę. Czy jesteśmy tylko zdolni do dalszego działania, czy rzeczywiście dobrze czujemy się ze sobą i w swoim życiu.
Przez wiele lat również nie zatrzymywałam się przy tym pytaniu na dłużej. Dopóki mogłam działać, pracować, zajmować się rodziną i odpowiadać za innych, uznawałam, że wszystko jest w porządku.
Nie wiedziałam jeszcze, że czasem wystarczy jeden dzień, aby to, co wydawało się oczywiste, zobaczyć zupełnie inaczej.
Filip był na górze, a babcia czekała na dole
Miałam trzydzieści lat, kiedy mój dziewięcioletni syn Filip uległ poważnemu wypadkowi. Wybiegł na drogę prosto pod ciężarówkę.
Wiadomość przyszła nagle. Potem był szpital, strach i trzy trudne operacje ratujące jego nogę. Przez wiele dni nie wiedzieliśmy, co wydarzy się dalej. Czy pojawi się zgorzel. Czy przeszczepy się przyjmą. Czy nogę uda się uratować i czy Filip będzie jeszcze chodził.
Chirurgia dziecięca znajdowała się na czwartym piętrze. Odwiedzałam go codziennie, a później schodziłam schodami w dół. Mijałam kolejne oddziały, rehabilitację i na samym końcu izbę przyjęć, z której było najbliżej na parking.
Pewnego dnia, kiedy znalazłam się już niemal przy wyjściu, zobaczyłam w poczekalni moją babcię — mamę mojej mamy.
Siedziała sama na wózku inwalidzkim. Było lato, panował upał, a ona ocierała pot z twarzy prawie całkowicie mokrą chusteczką. Wokół nie było nikogo z personelu.
Podeszłam do niej zaniepokojona.
— Co ty tutaj robisz?
— Siedzę i czekam — odpowiedziała.
— Na co? Na kogo?
— Na lekarza. Wszyscy są zajęci.
Zapytałam, co się stało. Powiedziała, że źle się poczuła, wezwała pogotowie i przywieziono ją do szpitala.
— Ale wiesz, co ci dolega?
— Tak. Zawał mam — odpowiedziała zwyczajnie.
Dla niej nie był to pierwszy zawał. Znała już szpitale, oczekiwanie i kolejne chwile zagrożenia. Dla mnie jednak ten widok był wstrząsem.
Filip był na czwartym piętrze. Miał dziewięć lat, uratowaną, ale jeszcze bezwładną nogę i niepewną przyszłość.
Babcia czekała na parterze z kolejnym zawałem serca.
A ja stałam pomiędzy nimi.
Nie potrafiłam wtedy nazwać tego, co zaczynało się we mnie zmieniać.
Odpowiedzialność zaczyna się wcześniej
Przez długi czas zdrowie kojarzyło mi się przede wszystkim z tym, co robimy, kiedy zaczyna go brakować.
Idziemy do lekarza. Wykonujemy badania. Przyjmujemy leki. Szukamy miejsca, w którym ktoś rozpozna problem i pomoże nam odzyskać to, co wcześniej wydawało się naturalne.
Tamtego dnia zobaczyłam dwa zupełnie różne doświadczenia.
Wypadku Filipa nie mogliśmy przewidzieć. W jednej chwili wydarzyło się coś, co odebrało mu sprawność i postawiło całą naszą rodzinę wobec strachu, na który nikt nie był przygotowany.
Historia babci wyglądała inaczej. Choroby układu krążenia towarzyszyły jej od lat. Kolejne zawały, pobyty w szpitalu i powroty do codzienności zdążyły stać się czymś, co przyjmowała z zadziwiającym spokojem. Jakby zagrożenie można było oswoić, skoro pojawiło się już wcześniej.
Nie każdemu wypadkowi można zapobiec. Nie wszystkie choroby są skutkiem naszych decyzji i nie nad wszystkim mamy kontrolę.
Zaczęłam jednak dostrzegać, że pomiędzy pełną kontrolą a całkowitą bezradnością istnieje jeszcze przestrzeń naszej odpowiedzialności.
Nie odpowiedzialności rozumianej jako gwarancja, że nic złego się nie wydarzy. I nie winy za to, że wydarzyło się coś, czego nie potrafiliśmy zatrzymać.
Raczej uważności na siebie, zanim ciało zacznie domagać się jej wyczerpaniem, bólem albo chorobą. Zainteresowania własnym samopoczuciem nie tylko wtedy, kiedy przestajemy sobie radzić. Dostrzegania, że sposób, w jaki żyjemy każdego dnia, również staje się częścią naszej historii zdrowia.
Tego dnia nie wróciłam ze szpitala z gotową odpowiedzią. Nie zmieniłam od razu swojego życia i nie zaczęłam wszystkiego robić inaczej.
Zostało jednak ze mną pytanie, którego wcześniej sobie nie zadawałam:
Czy odpowiedzialność za zdrowie naprawdę zaczyna się dopiero wtedy, kiedy trzeba je ratować?
Tak zaczęłam rozumieć dobrostan
To pytanie zostało ze mną, ale odpowiedź nie przyszła od razu.
Przez kolejne lata życie znów wypełniło się pracą, rodziną, obowiązkami i odpowiedzialnością za innych. Zdrowie ponownie pozostawało gdzieś w tle — ważne, lecz odsuwane na czas, w którym będzie można spokojniej się nim zająć.
Po pewnym czasie sama zaczęłam coraz gorzej się czuć. Źle spałam. Brakowało mi energii. Często bolała mnie głowa, przybywało kilogramów, a codzienne tempo nie pozostawiało wiele miejsca na odpoczynek.
Pytanie ze szpitalnego korytarza wróciło wtedy w zupełnie inny sposób.
Nie dotyczyło już tylko tego, co robimy, kiedy zdrowie zostaje nagle zagrożone. Zaczęło dotyczyć również zwyczajnych dni i drobnych sygnałów, które łatwo przeoczyć, dopóki wciąż możemy działać.
Zaczęłam przyglądać się nie tylko własnym dolegliwościom, ale także temu, jak pracuję, odpoczywam, przeżywam emocje i buduję relacje. Zobaczyłam, że wśród potrzeb innych ludzi coraz trudniej było mi zauważyć własne.
I właśnie wtedy zaczęło otwierać się przede mną szersze znaczenie dobrostanu.
Już nie jako życia bez choroby, trudności i gorszych dni. Również nie jako idealnej równowagi, którą można osiągnąć raz na zawsze.
Raczej jako zdolności do zauważania siebie wcześniej — zanim wyczerpanie, ból albo kryzys spowoduje, że nie będziemy już mogli odłożyć siebie na później.
Tamten dzień w szpitalu pozostawił we mnie obraz Filipa na górze, babci na dole i mnie stojącej pomiędzy nimi.
Po latach widzę, że wraz z tym obrazem zostały we mnie pytania, które z czasem prowadziły do odkrywania, co naprawdę znaczy dobrostan.
Od pytania: czy jestem zdrowa?
Do pytania: jak się mam — tak naprawdę?
Ewa
Co teraz jest Ci bliskie?

Kiedy nie było miejsca, postanowiłam je stworzyć
Nie każdy początek wygląda jak szansa. Czasem pojawia się potrzeba, która nie może czekać, a brak gotowego rozwiązania prowadzi do decyzji, której znaczenie poznajemy dopiero po czasie.

Kiedy jedna rozmowa zmieniła kierunek
Nie każda ważna rozmowa od razu staje się ważna. Czasem dopiero później odkrywamy, że czyjeś słowa otworzyły przed nami nową możliwość – a nasze doświadczenie zaczęło wpływać na decyzje innych.

Jakość życia buduje się pomiędzy
Można osiągać kolejne cele, troszczyć się o innych i robić rzeczy ważne, a jednocześnie odczuwać trudny do nazwania brak. Czasem dopiero po latach dostrzegamy, że dobre życie nie mieści się w jednym obszarze.



