Nie każdy początek wygląda jak szansa.
Nie zawsze najpierw pojawia się pomysł, plan i przygotowanie. Czasem początkiem staje się potrzeba, która nie może czekać. Sytuacja, która nie pyta, czy jesteśmy gotowi, tylko stawia nas przed tym, czego dotychczas nie musieliśmy brać pod uwagę.
Kiedy rozwiązanie, na które liczyliśmy, przestaje być dostępne, zaczynamy szukać innego. Nie zawsze z odwagi. Czasem ze strachu, troski albo braku zgody na to, co może się wydarzyć, jeśli niczego nie zrobimy.
Nie wiedziałam jeszcze, dokąd zaprowadzi mnie decyzja, którą miałam podjąć.
Szukałam sposobu, aby mój dziewięcioletni syn mógł rozpocząć rehabilitację od razu.
Za trzy miesiące proszę zgłosić się ponownie
Wypadek Filipa rozpoczął tygodnie strachu i niepewności. Trzy operacje, oczekiwanie na to, czy uda się uratować nogę, a później rozległe przeszczepy. Kiedy wreszcie mogliśmy opuścić szpital, kolejnym koniecznym etapem miała być rehabilitacja.
Dostaliśmy skierowanie i usłyszeliśmy pocieszającą wiadomość: dwa, może trzy miesiące ćwiczeń i Filip powinien powoli zacząć chodzić.
Trzymałam na rękach dziewięcioletniego syna. Ważył wtedy osiemnaście kilogramów razem z gipsem. Zeszłam z nim trzy piętra niżej, na oddział rehabilitacji.
Przez jakiś czas staliśmy przed zamkniętymi drzwiami. Kiedy wreszcie ktoś je otworzył, kobieta spojrzała na skierowanie i powiedziała, że nie ma miejsc. Niczego nie może zrobić. Możemy zgłosić się ponownie za trzy miesiące.
Trzy miesiące.
Nie potrafiłam potraktować ich jak zwykłego terminu. Oznaczały czas, w którym dopiero co uratowana, wciąż bezwładna noga mojego syna pozostawałaby bez potrzebnej rehabilitacji.
Wracaliśmy do domu z radością, że najgorsze było już za nami, ale także z chaosem w głowie i pytaniami, na które nie znajdowaliśmy odpowiedzi:
Co teraz? Co możemy zrobić, skoro nie możemy czekać?
Nie szukałam wtedy pomysłu na nową firmę
W pierwszych godzinach po powrocie do domu nie wiedzieliśmy jeszcze, czego właściwie szukamy. Wiedzieliśmy tylko, że rozwiązanie musi pojawić się szybko.
Zadzwoniliśmy do Romana, zaprzyjaźnionego z nami lekarza ortopedy. Wyjaśnił, czego potrzebujemy: specjalnego łóżka z obciążnikami i blokami oraz dwóch urządzeń, które miały stymulować porażone nerwy. Znał też Wojtka, rehabilitanta gotowego podjąć się pracy z Filipem.
Po raz pierwszy wiedzieliśmy, czego szukać.
Łóżko. Urządzenia. Rehabilitant. Miejsce.
Decyzję podjęliśmy w godzinę.
Działamy.
Sama decyzja była jednak dopiero początkiem. Pieniądze na sprzęt trzeba było zdobyć, pomieszczenia przygotować, a wszystkie potrzebne elementy połączyć w całość.
Prowadziłam wtedy wymarzone biuro podróży, w którym zatrudniałam dwie osoby. Działało od niedawna i samo potrzebowało mojej uwagi. Obok znajdowały się jednak wolne pomieszczenia, które mogliśmy przeznaczyć na rehabilitację.
Razem z Januszem szukaliśmy finansowania, rozmawialiśmy z bankami i zaciągaliśmy kredyty. Kupowaliśmy urządzenia, malowaliśmy i przygotowywaliśmy miejsce.
Wojtek był gotowy. Pytał tylko:
— Od kiedy zaczynam?
Przez kolejne trzy tygodnie krok po kroku organizowaliśmy wszystko, co było potrzebne.
Potem mogła rozpocząć się rehabilitacja Filipa.
Miejsce stworzone dla jednego dziecka zaczęło służyć innym
Po tygodniu rehabilitacji Filip zaczął poruszać stopą.
Ten pierwszy ruch przyniósł nam ogromną radość i ulgę. Wiedzieliśmy już, że rehabilitacja przynosi efekty.
Po trzech miesiącach rehabilitacji Filip odzyskał pełną sprawność.
W gabinecie pozostały jednak przygotowane miejsce, urządzenia i Wojtek, który chciał pracować u nas dalej i poświęcać rehabilitacji więcej czasu.
Radość z odzyskanej przez Filipa sprawności udzieliła się nam wszystkim — Januszowi, Wojtkowi, mnie i dwóm osobom pracującym w biurze podróży. W naszych rozmowach coraz częściej pojawiało się pytanie, czy przygotowane miejsce może służyć dalej.
Wojtek, pracując również jako rehabilitant na oddziale ortopedii, widział problemy innych dzieci, szczególnie te związane ze skrzywieniem kręgosłupa. Znał rehabilitantkę, która mogłaby prowadzić dla nich ćwiczenia.
Obok znajdowało się jeszcze jedno, trochę większe pomieszczenie. Razem z Januszem pomyśleliśmy, że również je możemy przygotować.
Kiedy przyszła koleżanka Wojtka, powiedziała, czego potrzebuje: drabinek na ścianie, czystej podłogi i mat. Niewielki remont wystarczył, aby powstała mała sala gimnastyczna dla dziewięciorga dzieci.
Wojtek i rehabilitantka zaczęli mówić o nowym miejscu osobom, które mogły go potrzebować. Bardzo szybko zebrała się pierwsza grupa. Ulotki rozdawaliśmy, a plakaty — za zgodą właścicieli — wieszaliśmy na drzwiach okolicznych sklepów.
Jedna potrzeba odsłaniała następną.
Później Roman polecił nam lekarza ortopedę. Z czasem dołączali lekarze kolejnych specjalności, a miejsce przygotowane dla jednego dziecka zaczęło służyć coraz większej liczbie ludzi.
W tym samym czasie biuro podróży stopniowo wygasało. Podczas pobytu Filipa w szpitalu nie mogłam poświęcać mu potrzebnej uwagi. Jedna z pracujących tam osób coraz bardziej angażowała się w powstające miejsce rehabilitacji, a niekorzystna wówczas sytuacja na rynku turystycznym dodatkowo utrudniała jego rozwój.
Moja uwaga pozostawała przy Filipie i przy tym, co zaczęło powstawać obok.
W ciągu roku w miejscu przygotowanym dla Filipa pracowali już rehabilitanci i lekarze różnych specjalności.
Wymarzone biuro podróży przestało istnieć.
Tak zaczęłam rozumieć dobrobyt
Po latach widzę, że moje dwie pierwsze firmy miały zupełnie różne początki.
Biuro podróży powstało z marzenia o poznawaniu świata i pragnienia niezależności. Przychodnia zaczęła się od braku. Od zamkniętych drzwi i miejsca, którego nie było wtedy, kiedy mój syn najbardziej go potrzebował.
Nie mieliśmy gotowego planu ani wszystkiego, czego potrzebowaliśmy. Mieliśmy wolne pomieszczenia, wiedzę ludzi gotowych nam pomóc i decyzję, że nie możemy czekać. Pieniędzy na zakup sprzętu nie mieliśmy — musieliśmy je pożyczyć.
Kredyt był zobowiązaniem i ryzykiem. Jednocześnie pozwalał stworzyć rozwiązanie, którego wcześniej nie było.
Tamtej drogi nie stworzyłam sama.
Z Januszem podjęliśmy decyzję i zaczęliśmy przygotowywać miejsce dla Filipa. Roman wniósł swoją wiedzę, Wojtek pracę i doświadczenie, a kolejne osoby dostrzegały następne potrzeby i angażowały się w rozwój tego, co zaczęło powstawać.
Z czasem miejsce stworzone dla jednego dziecka zaczęło służyć innym. Dzieci otrzymywały potrzebną rehabilitację, rodzice nie musieli samodzielnie szukać rozwiązania, a rehabilitanci i lekarze zyskiwali przestrzeń do pracy.
Trzy lata po wypadku Filipa nasza firma została wpisana do rejestru niepublicznych zakładów opieki zdrowotnej.
Nie widziałam tego etapu, kiedy wracaliśmy do domu po odmowie przyjęcia go na rehabilitację. Nie wiedziałam również, jak daleko rozwinie się miejsce stworzone z jednej potrzeby.
Wcześniej dobrobyt kojarzył mi się przede wszystkim z tym, co człowiek posiada. Tamta historia zaczęła poszerzać moje rozumienie. Pieniądze były ważne — bez nich nie kupilibyśmy sprzętu ani nie przygotowalibyśmy pomieszczeń. Nie były jednak jedynym zasobem. Równie ważne okazały się wiedza, relacje, wspólna praca i gotowość, by wykorzystać to, co było dostępne.
Zaczęłam dostrzegać, że to, co mamy, nabiera nowego znaczenia, kiedy pozwala nam odpowiedzieć na realną potrzebę i otworzyć drogę także innym ludziom.
Nie wiedziałam wtedy, że tworzę przychodnię.
Wiedziałam tylko, że Filip nie może czekać.
Ewa
Co teraz jest Ci bliskie?

Kiedy jedna rozmowa zmieniła kierunek
Nie każda ważna rozmowa od razu staje się ważna. Czasem dopiero później odkrywamy, że czyjeś słowa otworzyły przed nami nową możliwość – a nasze doświadczenie zaczęło wpływać na decyzje innych.

Jakość życia buduje się pomiędzy
Można osiągać kolejne cele, troszczyć się o innych i robić rzeczy ważne, a jednocześnie odczuwać trudny do nazwania brak. Czasem dopiero po latach dostrzegamy, że dobre życie nie mieści się w jednym obszarze.

Kiedy zdrowie przestaje być oczywiste
Zdrowie często pozostaje w tle, dopóki pozwala nam pracować, troszczyć się o innych i realizować plany. Czasem jednak jedno wydarzenie wystarcza, abyśmy zaczęli pytać, jak mamy się naprawdę.



