Z ciekawością szukam okazji nie jest dla mnie hasłem ani celem do osiągnięcia. To raczej sposób bycia w drodze. Zatrzymania się na moment i uważnego spojrzenia na to, co już jest – nawet jeśli jeszcze nie ma nazwy, kształtu ani planu. Ten początek nie wymaga wielkich deklaracji. Wystarczy gotowość, by zauważyć to, co pojawia się ciszej.
Nowy rok, jak każdy początek, nie musi zaczynać się od wielkich deklaracji, listy celów ani spektakularnych planów. Czasem zaczyna się w momencie, gdy coś się domknęło, ale jeszcze nie wiadomo, co dokładnie chce się otworzyć.
Znam dobrze ten stan. Chwilę pomiędzy. Pomiędzy tym, co było, a tym, co jeszcze się nie nazywa. Gdy stare sposoby myślenia przestają wystarczać, a nowe jeszcze się nie ułożyły. Ale to nie jest pusta przestrzeń. To jest możliwość.
Dlatego dziś nie pytam siebie, czy dam radę. Raczej pytam:
gdzie dziś jest okazja, której jeszcze nie widzę?
Nie każdy początek wygląda jak start
Przyzwyczailiśmy się myśleć o początkach jak o wyraźnej linii startu. O momencie, w którym wszystko jest jasne. Wybraliśmy kierunek i mamy podjęte decyzje. Tymczasem wiele początków wcale tak nie wygląda. Są ciche. Niewyraźne. Czasem wręcz niepewne. Zdarza się, że bardziej przypominają zatrzymanie niż jakikolwiek ruch do przodu.
Początek często nie przychodzi wtedy, gdy czujemy się gotowi. Przychodzi wtedy, gdy coś się kończy — etap, relacja, sposób myślenia o sobie. I przez chwilę pozostaje tylko przestrzeń pomiędzy. Bez planu. Bez mapy. Bez odpowiedzi na pytanie „co dalej?”. To stan niewygodny, rodzący niepewność.
W takich momentach bardzo łatwo zadać sobie pytania: dokąd teraz? czy dam radę pójść w nowym kierunku? czy mam wystarczająco dużo siły, zasobów i odwagi, żeby coś zmienić i pójść dalej? Przez długi czas sama sobie zadawałam takie pytania. Aż zrozumiałam, że one nie przynoszą spokoju. One ustawiają mnie w pozycji napięcia i presji. Tak, jakbym od razu musiała wiedzieć, dokąd zmierzam i którą drogą tam dotrę. A przecież wszystko, w każdym momencie się zmienia. Koniec albo strata nie oznacza, że skończyło się wszystko ani że zgubiliśmy kierunek. Oznacza, że wyłania się przestrzeń, która nie jest pusta. Wyłania się początek – i to jest możliwość.
Gdzie dziś jest okazja, której jeszcze nie widzę
Słowo „okazja” często kojarzy się z czymś, co trzeba szybko złapać. Z szansą, która się pojawia i znika. Z momentem, którego nie wolno przegapić.
Przez długi czas tak myślałam. Że okazja powinna być konkretna. Rozpoznawalna. Taka, którą da się nazwać bez wątpliwości. Że kiedy się pojawi, od razu poczuję: tak, to jest to. A jednak coraz częściej widzę, że okazje rzadko przychodzą w takiej formie. Rzadko też wyglądają jak propozycja.
Okazje często nie są czymś spektakularnym. Można ich wtedy nie zauważyć. Bo nie pasują do aktualnego momentu, bo nie wyglądają wystarczająco pewnie, bo nie mam jeszcze gotowości, żeby coś z nimi zrobić. Ale z perspektywy czasu widzę, że wiele ważnych momentów w moim życiu zaczynało się właśnie tak — od czegoś niewyraźnego, co domagało się uwagi, a nie natychmiastowej decyzji.
Okazje nie mają etykiety z napisem „szansa”. Czasem bardziej przypominają dyskomfort niż zaproszenie. Nie przychodzą w postaci przełomu ani w formie gotowych odpowiedzi. Ukrywają się w rozmowach, które odkładamy, w decyzji, przed którą stoimy już od jakiegoś czasu, choć jeszcze nie wiemy, jak ją podjąć albo w myślach, które wracają zbyt często, aby ją ignorować. To są małe sygnały, które nie wyglądają jak start, ale bardzo często takimi właśnie są. Dlatego dziś coraz częściej je zauważam i coraz częściej uważniej pytam: co chce zostać zauważone? Co próbuje się do mnie przebić?
To ważne pytania. Nie wszystkie wymagają natychmiastowej odpowiedzi. Czasem wystarczy obecność. Zgoda na to, że coś jest, nawet jeśli jeszcze nie wiem, czym to dokładnie jest.
Okazja przychodzi po cichu
Kiedyś wydawało mi się, że jeśli czegoś szukam, to powinnam robić to intensywnie. Z determinacją. Z planem. Z poczuciem, że czas ucieka i nie mogę pozwolić sobie na zwolnienie. Presja miała mnie mobilizować. Popychać do działania. Sprawiać, że idę szybciej.
Dziś wiem, że bardzo często działało to odwrotnie. Presja zawężała moje pole widzenia. Sprawiała, że skupiałam się na tym, czego jeszcze nie ma, zamiast na tym, co już się pojawiło albo właśnie pojawia teraz. Że bardziej oceniałam siebie, niż naprawdę widziałam co dzieje się wokół i słuchałam. A przecież okazje nie lubią pośpiechu. Nie przychodzą wtedy, gdy je ścigamy.
Są czymś zupełnie innym. Przychodzą wtedy, gdy uważnie ich szukamy. Wypatrujemy. I przychodzą po cichu. Uważność nie polega na czekaniu ani na bierności. Polega na byciu w relacji z tym, co jest. Na zauważaniu sygnałów, które wcześniej były zagłuszane przez „muszę”, „powinnam”, „już czas”. A kiedy zwalniam, zaczynam widzieć więcej. Co dzięki temu odkrywam? Że nie mniej się wtedy dzieje, tylko wtedy więcej ma sens.
Uważność pozwala mi zadawać pytania inaczej. Nie pytam już: dlaczego jeszcze tam, gdzie chcę być, nie jestem? Pytam: co dzieje się teraz? Co do mnie wraca? Co domaga się mojej uwagi, nawet jeśli nie ma jeszcze kształtu ani nazwy? W tym miejscu presja traci swoją władzę a uważność spokojnie prowadzi mnie dalej.
Nie trzeba widzieć całej drogi
Przez długi czas wydawało mi się również, że żeby ruszyć dalej, muszę widzieć całość. Wiedzieć, dokąd zmierzam. Jaką drogą pójdę. Co wydarzy się po drodze i gdzie dokładnie chcę dojść. Ta potrzeba jasności dawała złudne poczucie bezpieczeństwa, ale często zatrzymywała mnie w miejscu.
Z czasem zaczęłam dostrzegać, że życie rzadko odsłania się w całości. Częściej pokazuje tylko kolejny krok. Następną rozmowę. Jedno zdanie, które domaga się wypowiedzenia. Decyzję na teraz, nie na zawsze. I że to w zupełności wystarczy.
Nie trzeba widzieć całej drogi, żeby iść. Wystarczy zobaczyć to, co jest najbliżej. Zauważyć okazję, która pojawia się dokładnie w tym momencie — nie tę największą, nie tę ostateczną, ale tę prawdziwą. Tę, która jest dostępna teraz.
Kiedy przestaję domagać się od siebie pełnej mapy, pojawia się więcej zaufania. Do siebie. Do procesu. Do tego, że kolejne fragmenty drogi odsłonią się wtedy, gdy będą potrzebne. A ja nie muszę wiedzieć wszystkiego, żeby pozostać w ruchu.
Na początku roku łatwo uwierzyć, że trzeba wiedzieć więcej. Że trzeba mieć plan, odpowiedzi i jasność. A ja coraz częściej czuję, że wystarczy coś innego. Zgoda na to, że nie wszystko jest jeszcze nazwane. Ciekawość, wobec tego, co się dopiero wyłania. Uważność, która pozwala zobaczyć więcej, zamiast szybciej iść. Z czasem zrozumiałam, że z ciekawością szukam okazji nie po to, by coś przyspieszyć, ale by coś naprawdę zobaczyć.
Dlatego dziś nie pytam siebie, czy dam radę. Nie pytam czy jestem wystarczająco gotowa, silna albo przygotowana. Zatrzymuję się przy innym pytaniu:
Gdzie dziś jest okazja, której jeszcze nie widzę?
To pytanie nie domaga się natychmiastowej odpowiedzi. Nie wymaga planu ani odwagi na zapas. Wystarczy, że zacznie pracować w tle. Spokojnie i w swoim tempie. W moim życiu wiele ważnych zmian nie zaczynało się od pewności. Zaczynały się od zauważenia. Od chwili, w której coś przestałam zagłuszać.
Zarówno w życiu, jak i w biznesie początki bywają podobne. Nie zaczynają się od strategii, zaczynają się od uważności. Od przyjrzenia się temu, co już jest, zamiast ciągłego wybiegania w to, co powinno być. Od zgody na to, że nie muszę widzieć całej drogi, żeby zrobić pierwszy krok.
Nie trzeba znać całej drogi, żeby móc nią pójść. Nie trzeba mieć gotowych odpowiedzi ani pewności, że wybór okaże się właściwy. Wystarczy zauważyć to, co jest najbliżej. Jedną okazję. Jeden impuls. Jeden moment, który delikatnie zaprasza do ruchu.
Może dziś też możesz zadać sobie takie pytanie. Bez presji. Bez pośpiechu. Z ciekawością. Nie po to, by natychmiast coś zmieniać, ale by zobaczyć, co już jest obecne i czeka na zauważenie.
Droga nie odsłania się w jednym momencie. Odsłania się etapami. I to jest wystarczające, aby pozostać w ruchu.
Z uważnością
Ewa
Ten tekst jest częścią cyklu „Intencje, które prowadzą„



